Poznaliśmy się w 2008 roku na gorącym Cyprze, kiedy przyleciałam na moje ostatnie praktyki studenckie. Pracowałam wtedy na wykopaliskach, bo z wykształcenia jestem archeozoologiem. W związku z tym, że weekendy miałam wolne od pracy z uwielbieniem poświęcałam je na zwiedzanie wyspy i jej zabytków. Rustema poznałam na przejściu granicznym rozdzielającym dwie części wyspy: Cypr południowy i północny. Wcześniej przez internet umówiłam się tam na zwiedzanie z koleżanką, poznaną lata temu na pewnym forum. Okazało się jednak, że ona tego dnia nie może się ze mną spotkać. W ostatniej chwili, jako wsparcie wysyłała swojego brata policjanta, który miał na mnie czekać na przejściu granicznym. Szczerze mówiąc to, że był policjantem pozwoliło mi sądzić, że nic złego nie powinno mi się stać, więc postanowiłam pojechać, szczególnie, że nie mogłam odwołać wcześniej zamówionego busa do Nikoji. Jadąc miałam przeczucie, że coś z tego przypadkowego spotkania może wyjść – i nie pomyliłam się. Na granicy powitał mnie śniady, ciemnowłosy mężczyzna o zniewalającym uśmiechu. Bardzo mi się spodobał a szczególnie to, w jaki sposób zajął się mną, chociaż w ogóle się nie znaliśmy. Był czarujący i bardzo szarmancki. Zabrał mnie do miejscowej restauracji na kolację, a potem poszliśmy na romantyczny spacer przy zamku w Kyrenii. Dostałam też wtedy od niego pierwszy prezent - korale zrobione z prawdziwych malutkich muszelek. Było cudownie, lirycznie, wtedy też poczułam pierwsze „motyle w brzuchu” .
W związku z tym, że Rustem mieszkał kilkadziesiąt kilometrów ode mnie, mogliśmy spotykać się tylko w weekendy. Zwykle wtedy zwiedzaliśmy zabytki, chodziliśmy na plażę i nasze romantyczne kolacje. W pozostałe dni wydawałam krocie na rozmowy przez skype w pobliskiej kawiarence internetowej.
Niestety te bajeczne półtora miesiąca szybko zleciało i przyszedł czas na powrót do Polski. Pojawiły się obawy, że z tej naszej "wakacyjnej miłości" nic nie wyjdzie, ale byłam w wielkim błędzie. Nasza miłość rozwijała się jeszcze intensywniej. Myślę, że było, to spowodowane ogromną tęsknotą i nieustającą potrzebą bliskości.
Podczas jednej z rozmów telefonicznych Rustem wyznał mi po raz pierwszy miłość, ja jednak chciałam to usłyszeć na własne uszy. Zaproponował mi, więc abym w lutym 2009 roku przyleciała do niego na cały miesiąc. Byłam przeszczęśliwa, szczególnie, że mogłam z nim spędzić walentynki, które potem okazały się najwspanialszymi w moim życiu… W ten dzień mój ukochany sprawił mi wielką niespodziankę i radość planując wszystko za moimi plecami. Najpierw zabrał mnie na cudowną kolację do miejscowej restauracji a potem na truskawkowe ciastko do cukierni. Nic nie zapowiadało, że za chwilę zmieni się całe moje życie. Wracając do domu, Rustem nagle skręcił na plażę i zaproponował mi spacer nad brzegiem morza w świetle romantycznie pełnego księżyca. Spacerowaliśmy kilka minut, gdy nagle Rustem uklęknął i poprosił mnie rękę. Nie mogłam opanować swoich emocji oraz uczucia w stosunku do niego. Byłam bardzo szczęśliwa i oczarowana tą chwilą. Już od dawna wiedziałam, że jest to mężczyzna, z którym chcę spędzić resztę swojego życia. Przyjęłam jego oświadczyny.
Te cudowne chwile niestety musiały być przerwane przez rzeczywistość. Po naszym pierwszym „miodowym miesiącu” wróciłam do Polski, gdyż czekała na mnie obrona pracy magisterskiej, a przede wszystkim powiadomienie rodziców o tym, że wychodzę za mąż za obcokrajowca. Było to dla nich dość bolesne gdyż musieli się zmierzyć również z faktem, że po ślubie przeprowadzę się do mojego przyszłego męża i wyjadę z Polski. Nie jest to łatwe dla rodziców jedynaczki.
Termin przeprowadzenia się do innego kraju postanowiłam przyspieszyć i po obronie w lipcu 2009 wyleciałam do mojego ukochanego. Chciałam pomieszkać i „spróbować się” z nim przed ślubem. Mieszkało się nam razem bardzo dobrze, do tego stopnia, że przez jakiś czas odkładaliśmy datę tego wielkiego dnia. Przyszedł jednak taki moment, że oboje bardzo zapragnęliśmy zalegalizować nasz związek.
W kwietniu 2010 roku pierwszy raz wspólnie przylecieliśmy do Polski. Wtedy to, jak polska tradycja nakazuje, Rustem poprosił moich rodziców o moją rękę. To zdarzenie potraktowaliśmy, jako oficjalne rozpoczęcie przygotowań do naszego ślubu. Już wtedy wiedzieliśmy, że chcemy wziąć ślub tam gdzie to wszystko się zaczęło, czyli na Cyprze.
Zdecydowaliśmy się na ślub cywilny, co wiązało się z dość sporą biurokracją, gdyż oboje musieliśmy dostarczyć wiele dokumentów z naszych krajów. W tym celu przylecieliśmy do Polski, w międzyczasie zahaczając o tygodniowy pobyt w Stambule. W tym majestatycznym mieście, gdzie mieszka część rodzinny mojego narzeczonego, udało nam się zakupić część niezbędnych elementów naszego ślubu: platynowe obrączki, garnitur a nawet suknię ślubną.
Suknia, którą wybrałam nawiązywała do miejsca, w którym brałam ślub, była w stylu greckim . Gładka, na jedno ramię, w kolorze kości słoniowej, z wyszytymi dwoma rozgwiazdami za pomocą kryształków i pereł. Welon do sukni zamówiłam w Polsce, a mama odebrała go i przywiozła na ślub.
Jak pewnie przed każdym ślubem, również przy naszym było sporo załatwiania, nerwów i niepewności. Na początku Rustem chciał prawdziwy ślub turecki, z mnóstwem gości i ogromną fetą. Mi ten pomysł się nie podobał, gdyż zawsze chciałam skromnej uroczystości w otoczeniu najbliższej rodziny i znajomych. W rezultacie po długich negocjacjach udało mi się postawić na swoim.
Jestem dość pragmatyczną osobą, nie lubię przepychu oraz niepotrzebnych wydatków, dlatego też większość rzeczy zaprojektowałam lub wykonałam sama. Dla przykładu mogę pochwalić się naszym tortem, którego rysunek dałam miejscowej cukierni. Był czekoladowy, z białą masą na wierzchu, udekorowany dzięki pomysłowemu cukiernikowi, prawdziwymi morskimi muszelkami. Wyglądał oryginalnie i smakował wręcz bajecznie.
Samochód również ubieraliśmy sami. W związku z tym, że nasz pojazd jest biały, wymagało to dekoracji kontrastowej, do której użyłam sztucznych różyczek i bluszczu. Wcześniej projekt tortu i ubioru samochodu podpatrzyłam w internecie.
Najwięcej jednak problemów było z moim bukietem. Żadna z miejscowych kwiaciarni nie chciała zrobić mi bukietu z żywych kwiatów, ponieważ moda w Turcji i na Cyprze północnym jest taka, że panny młode mają białe sztuczne wiązanki do ślubu - KOSZMAR! W końcu znalazłam wyjście. Powiedziałam panu w kwiaciarni, że potrzebuję bukiet z żywych kwiatów dla kogoś na urodziny. Nie było dużego wyboru kwiatów. Nie lubię róż, goździki dziwnie kojarzyły mi się z czasami PRLu, a gerbery zawsze dostawała moja babcia na imieniny...zostały do wyboru tylko lilie. Koniecznie chciałam kolor ciemny, najlepiej bordowe. Widziałam takie w internecie, więc uznałam, że nie będzie problemu z ich dostaniem. Okazało się jednak, że taki kolor jest rzadki i dostanie go graniczy z cudem. Pan z kwiaciarni na szczęście się postarał i wybrał odcień ciemnego różu, najciemniejszy, jaki mógł zamówić w Turcji. Bukiet wyszedł bardzo piękny, bez przybrania tak, jak chciałam.
Sama także zrobiłam sobie delikatny makijaż do ślubu, a mama uczesała mnie w grecki kok, do którego wpięłyśmy lilię z mojego bukietu.
Ślub odbył się na Cyprze Północnym 07.07.2010 o godzinie 7 wieczorem – magia trzech siódemek miała nam przynieść szczęście.
Uroczystość mieliśmy zaplanowaną na godzinę 6 po południu, ale jak to zwykle bywa nie obyło się bez małej wpadki. Wychodząc z domu zapomnieliśmy zabrać dokumenty i musieliśmy wysłać po nie naszą świadkową - siostrę męża. Bardzo stresowaliśmy się tą sytuacją, gdyż czekając na papiery nie byliśmy pewni czy USC nie będzie nam robił problemów. Gdy po godzinie, szwagierka dotarła do nas, Naczelnik wykazał się wielką wyrozumiałością i udzielił nam ślubu. Ostatecznie była to godzina 7 po południu, więc uznaliśmy to za bardzo dobrą wróżbę
Przyjęcie weselne odbyło się na tarasie naszego mieszkania w gronie najbliższych nam osób. Było nas łącznie 17-cioro (kolejna siódemka). Atmosferę podgrzewała cudowna słoneczna pogoda i 38 stopni C - nikt nie czuł upału. Tańczyliśmy do muzyki, którą wcześniej razem z Rustemem pieczołowicie wybraliśmy. Wszyscy zajadali się przekąskami oraz cypryjskimi owocami, które razem z mamą przygotowałam rano.
Bardzo miłą niespodzianką okazał się gest właściciela osiedlowego baru, który zauważywszy nas na tarasie przysłał nam dwa koktajle owocowe wraz z życzeniami pomyślności.
Wesele trwało do północy. Potem goście się rozeszli, a ja z moim mężem mogliśmy zostać sami i uczcić ten dzień po swojemu.
Cała ta historia wydaje mi się ciągle czymś niesamowitym, romantycznym i cudownym. Ślub nie zmienił nic w naszej miłości. Mam bardzo kochającego i wyrozumiałego męża, dzięki, któremu czuję się doceniana i szczęśliwa. Wiem, że każdy dzień u jego boku będzie tak „słoneczny”, jak w dniu naszego ślubu.




